Jesienią postanowiliśmy napić się piwa na największym festiwalu piwnym na świecie. Całe przedsięwzięcie ułatwił nam fakt, że rodzina Wojtka mieszka w Monachium. Także połączyliśmy przyjemne z pożytecznym, czyli zwiedzanie miasta ze spotkaniem rodzinnym.

Na początku wybraliśmy się na poszukiwanie naszego przyszłego auta, dlatego wstąpiliśmy do BMW Welt. Jednak żadne nie urzekło nas na tyle, żeby jakieś kupić ?


Potem pospacerowaliśmy po Olympiazentrum, gdzie w 1972r. odbywały się Igrzyska Olimpijskie. Po Monachium poruszaliśmy się metrem. Zwiedziliśmy między innymi takie miejsca jak Odeonsplatz czy Marienplatz, gdzie na każdym kroku widzieliśmy Bawarczyków w ich tradycyjnych strojach. Było czuć klimat Oktoberfestu.







Całe Monachium posiada dość niską architekturę, ze względu na to, że do XVIII nie można było zbudować wyższego budynku niż Frauenkirche. Dziś doceniamy ten zakaz, bo nie ma drapaczy chmur, które psułyby widok panoramy miasta.


Na jednym z kościołów była ogromna reklama nowej kolekcji Marc O’Polo. Widać w tym typowo zachodnie podejście do świątyń.

Oktoberfest był jedyną tego rodzaju imprezą, na jakiej do tej pory byliśmy. Ogromne namioty, wypełnione po brzegi ludźmi bawiącym się przy piwie. Poznaliśmy tam ludzi z całego świata na przykład z Irlandii czy Ameryki, którzy tak pokochali tą imprezę, że przyjeżdżają tam co roku. Jedynym minusem jest jej koszt. Za jedno piwo (fakt, że litrowe) płaci się 10 Euro, a kelner nie podejdzie do Ciebie drugi raz jeśli nie dasz mu napiwku.




Następnego dnia czekała na nas niespodzianka. Tomek (kuzyn Wojtka) przygotował dla nas typowe bawarskie śniadanie, w skład którego wchodziła biała kiełbasa, precel, sosy oraz niestety piwo. Weronika wchodząc do kuchni nie wiedziała czy śmiać się czy płakać ?

